Szpitalna codzienność poronień.
Historia czwarta.

4.05.2015, w ciągu dnia plamię. Jest to z wyliczeń 13 tydzień ciąży. Niedawno powiedziałam prezesowi, że jestem w ciąży i termin mam na listopad. Ponieważ mam lekki niepokój postanawiam iść do szpitala na Kliniczną, by zbadano dzieciątko. 
Godzina ok 18tej, wraz z mężem siedzę w poczekalni izby przyjęć szpitala klinicznego. Przyjmuje mnie młody lekarz. Bada palpacyjnie, mówi, że wszystko ok, szyjka zamknięta i idzie skonsultować z lekarzem. Wraca, wypisuje leki: paracetamol, duphaston i no-spa. W karcie wpisuje "wypisano w stanie ogólnym dobrym z ciążą zachowaną". Nie boli mnie aż tak, muszę córkę odebrać z zajęć dodatkowych, apteki zamknięte, hipermarkety nie po drodze.

5.05.2015, budzę się rano, idę do toalety a tu krew... Już nie plamię, krwawię... Ubieram się, budzę męża i córę i jedziemy do szpitala. 7:00 Na izbie przyjęć strasznie dużo ludzi. Mąż zabiera córę do szkoły. Po pół godziny Pani zaprowadza mnie do pustego gabinetu bym się położyła, bo lekarz przychodzi dopiero o 8:00, a jest dużo pacjentek więc poczekam...
Wraca mąż, czekamy dalej... 9:30 wywołali moje nazwisko. Lekarka bada, widzi, że krwawię cały czas i mówi, że dobrze to nie wygląda. "Idziemy na USG". Pani włącza sprzęt, przeprowadza badanie i mówi, że nie widzi akcji serduszka, a coś się odkleiło od czegoś. Nie pamiętam co, bo już było mi strasznie przykro i terminologia medyczna nie przywróci akcji serca naszego Maleństwa. Pani lekarz wychodzi zobaczyć, czy jest wolne łóżko, bo w takim stadium powinnam zostać w szpitalu. Woła mojego męża i mogę się wtulić i zapłakać...
Po chwili wraca lekarz, wyprasza mojego męża i mówi, że nie ma wolnego łóżka, że zapisuje mnie na piątek (8.05) z dopiskiem PILNE!!!, ale gdy wcześniej się zwolni łóżko, to do mnie zadzwonią. "Nie mogę dać pani zwolnienia, proszę iść do swojego lekarza, proszę iść do domu, a gdyby coś się działo to przyjechać". No i co teraz? Pojechaliśmy do moich rodziców powiedzieć co się stało, chciałam się przewietrzyć, pomyśleć... Powiedzieliśmy rodzicom, no to trzeba odebrać córkę ze szkoły. Krwawię jak przy zwykłym obfitym okresie. Odbieramy córę, mówimy co się stało, że serduszko przestało bić, że się nie udało i w listopadzie nie będzie miała rodzeństwa. Żeby nie było histerii, trzymamy dzień tak, jak był zaplanowany. Zawozimy córę na zajęcia dodatkowe i jedziemy zapisać mnie do ginekologa, w celu otrzymania zwolnienia. Jest koło 17tej, pani w rejestracji mówi, że na 19:30 ma wolny termin, zapisuję się.
Nie będę czekać 2,5 h w poczekalni, wracamy więc do moich rodziców. W Autobusie czuję skurcze. Byle dojechać do rodziców. Zdążyłam wypić łyk herbaty, gdy ok 17:40 odeszły mi wody i krwawienie wzrosło... No nic, może to nie wody, może do piątku wytrzymam... Godzina 18:00 czuję silne skurcze parte, lecę do łazienki, nie zdążyłam do toalety - zaczęło chlustać krwią i wielkimi kawałkami nie wiem czego... skrzep/tkanka/łożysko/endometrium - nie mam pojęcia, zaczynam strasznie płakać, a ze mnie z każdym skurczem chlupie... wchodzę do wanny, zbieram większe kawały, żeby nie zapchały wanny, ściągam do końca getry, majtki, piorę w zimnej wodzie... zdejmuję skarpety... płaczę... patrzę, a tu na zdjętych getrach leży takie maleńkie zwiniątko, białe - lekko ecru... Biorę na rękę - to moje Maleństwo, ma około 2 cm... malusia główka na niej oczka, widoczny kręgosłup, dwie rączki, dwie nóżki... Moja mama sprząta podłogę, mówię "zobacz mamo, to jest moje Maleństwo, ma wszystko, tylko serduszko nie bije". Mama mówi "przestań, to na pewno nie to". Płaczę mocniej i przez łzy mówię "Spójrz, ma wszystko, tu są oczy...", "Tak córciu, to Wasze dziecko, masz rację..." i płacze ze mną. 
Nie mogę wyjść z wanny, cały czas krew się ze mnie leje.
Mama dzwoni do mojej chrzestnej, która pracuje w szpitalu klinicznym, w którym byłam rano i dzień wcześniej. Ciocia mówi, żeby włożyć Maleństwo do słoiczka i jechać na izbę. Tak krwawię, że dalej wyjść nie mogę... Mama dzwoni na pogotowie, tam każą by mnie położyć z nogami do góry.
Przyjeżdżają, pytają co się stało, mówię, że poroniłam... "skąd wiesz?" - mówi niemiłym głosem jeden z sanitariuszy. "Wiem, bo byłam w ciąży, rano dowiedziałam się, że serduszko nie bije, a dziecko mam w słoiku". "To tak wypuścili ze szpitala?". "jak widać" "przez to mamy tyle niepotrzebnej roboty"- wymamrotał. "Ma pani jakiś ręcznik czy szmatę na straty?" - pielęgniarz spytał moją mamę. Mama po chwili wraca z ręcznikiem... "Wsadź sobie w kroczę i idziemy - dasz radę?" Drugi Pan powiedział, że będzie mnie asekurował.
Po długich rozmowach zawieźli mnie z Maleństwem w słoiku do szpitala na Kliniczną, gdzie byłam rano i dzień wcześniej.
Czekałam w poczekalni, siedząc z ręcznikiem między nogami. Ufff, poproszono mnie. Lekarka zbadała wzięła ode mnie wszystkie wyniki i karty, w tym tę z rana, zbadała palpacyjnie, w zasadzie ledwie włożyła wziernik, chlusnęło ze mnie znów... Wzięła na USG i powiedziała, że zarodka nie ma, ale nie wszystko się oczyściło i krwawię, więc muszę mieć łyżeczkowanie i to jeszcze dziś. Powiedziałam, że ja mam Maleństwo ze sobą, że ciocia kazała wziąć do słoika. Wyciągnęłam z torebki, ale nie chciała spojrzeć. (Młoda dziewuszka, nie dziwię się). "Da pani na oddziale" Wolne łóżko się znalazło. Pobrano mi krew, powiedziałam, że mam moje dzieciątko. Wzięto ode mnie i na moich oczach, przechylając słoik "przełożono" ciało mojego Aniołka do probówki z czerwonym "kapslem".
Przyszła pani w zielonym stroju i spytała czy coś zabrać, bo niedługo będzie cesarka i idzie do laboratorium. Pani dała moją pobraną krew i Maleństwo w probówce. Do mnie powiedziano, że mam się położyć i niedługo będzie zabieg. Był ze mną mój mąż, o 20tej kazano mi iść do sali, w której będę miała zabieg. Mąż był cały czas przy mnie, aż do przyjścia anestezjologa.
Kolejny raz wypytano mnie o wszystko (na izbie, na oddziale i teraz) o wagę, wzrost, grupę krwi, uczulenia itp. itd. i przystąpiono do usypiania. O 20:25 byłam już lekko przytomna. Mąż siedział przy łóżku, Łzy kapały i mówił, że tak bardzo się cieszy, że bredziłam jak wieźli mnie do sali, bał się że jeszcze mnie straci...
Następnego dnia rano, przyszła jakaś pielęgniarka (chyba pani Oddziałowa) i spytała czy ktoś już mnie pytał o pochówek, odpowiedziałam, że nie, więc dostałam kserówkę pisma do uzupełnienia. Miałam przeczytać i zadecydować, czy określam płeć dziecka i czy sama na własny koszt robię badania genetyczne, czy pochowam sama, czy MOPR ma pochować?
Popłakałam się znów i powiedziałam, że poczekam na męża, bo sama nie podejmę takiej decyzji.
Przyjechał, zadecydowaliśmy, ze dla starszej córy lepiej będzie gdy Maleństwo spocznie w grobie z innymi Maluszkami.
Czas na obchód - "Jak się pani nazywa?" "Kw*******" "Proszę pokazać wkładkę, no to dziś pani idzie do domu".
Spakowałam się, dostałam zwolnienie na 2 tygodnie, przyjechali rodzice i zabrali nas do siebie.
Czułam się taka pusta, zrozpaczona... Kto jak nie rodzina ma mi pomóc? Rozpaczałam nocami, mąż przy mnie był cały czas. Płakałam gdy tylko córa nie patrzyła. Byłam i jestem rozdarta.
Na wypisie napisano kontrola u swojego lekarza za 4 tygodnie, odebrać wynik histopatologii po 3 tygodniach.

9.05. Wyjechaliśmy rodzinnie za miasto, chciałam się oderwać, złapać innego powietrza...12:23 dzwoni nieznany numer, odbieram... nie słyszymy się, nie mam zasięgu. Jeszcze raz dzwoni, jakaś pani, coś przerywa - nadal wina zasięgu. Zatrzymujemy samochód na poboczu, jest zasięg oddzwaniam. Pani w słuchawce mówi, że dzwoni ze szpitala Klinicznego, jest wolne łózko i pyta czy mogę przyjechać na zabieg. "Ale proszę Pani, jestem już po zabiegu, we wtorek poroniłam i już miałam zabieg". "Aha, czyli już Pani po zabiegu, to dziękuję, do widzenia". Nie zdążyłam dojść do siebie, znowu wszystko wróciło, ból podbrzusza, płacz, roztrzęsienie, żal... Przecież to tylko piętro niżej jest izba przyjęć, czemu dzwonią w sobotę. Nie ma przepływu informacji? Widzieli moją kartę z 5.05. gdzie zapisano, że mam być 8.05, ale nikt nie poinformował? Byłam też najpierw na izbie zanim na oddział trafiłam, tam też papiery pokazywałam - co za bałagan!!!
26.05 - Dzień Matki. Rano córa budzi (zwykle ją trzeba obudzić). Myję się, ubieram, robię kanapki do szkoły/pracy. Córcia przynosi mi własnoręcznie zrobioną laurkę, piękne serce "Kocham Cię Mamusiu" - cudowny gest. Dziękuję, tulę, całuję. Choć córa z problemami, to dobre dziecko.
Z pracy o 9:00 dzwonię na Kliniczną dowiedzieć się czy są już wyniki histopatologiczne. "Są, może pani odebrać" - słyszę głos w słuchawce. "Dziękuję, niedługo przyjadę". Zwalniam się na chwilę z pracy i jadę. W sekretariacie odbieram wynik, dziękuję i wychodzę. Za drzwiami czytam [...] zarodka nie znaleziono. Czytam jeszcze raz... Jak to? przecież sama przyniosłam, wzięli ode mnie, zabrali... Gdzie moje Maleństwo??? - płaczę i wracam do sekretariatu. Przez łzy i kluchę w gardle pytam panią "o co chodzi, ja przyniosłam swoje Maleństwo w słoiczku, przełożono je i zabrano, dlaczego tu piszą, że nie znaleziono"? Pani prosi bym poszła na oddział. Poszłam, akurat trwa obchód - muszę czekać. Po obchodzie wchodzę jeszcze raz i z płaczem pytam czy są w stanie mi powiedzieć, gdzie jest moje dziecko. Jedna baba - tak! baba... mówi do mnie, tam są ręczniki papierowe, wysmarkaj się i wytrzyj buzię i się uspokój. Nie mam sił protestować. Pokazuję wynik hist-pat profesorowi P., żeby wytłumaczył co jest napisane po łacinie. "Resztki jaja płodowego 10-16 tydzień". Mówię jak było gdy mnie przyjęli... że pobrano mi krew, że przełożono Maleństwo do probówki z czerwonym deklem, że zabrano razem z krwią... Cisza, patrzą jak na debila, "może pani się wydawało" - słyszę. "Przecież mówię, widziałam Maleństwo, rączki, nóżki...". Zrywa się pani w żółtej bluzce i mówi, że idzie do sekretariatu. "Ale ja już tam byłam i kazali mi tu przyjść", zniknęła za drzwiami, nie słyszała a może nie chciała mnie słyszeć. Młoda praktykantka podała mi nowe ręczniki papierowe do otarcia łez. Wraca pani w żółtej bluzce. "Proszę to Pani karta, widzi pani, jest zapisane, że przyniosła pani zarodek i że zabezpieczono." "To gdzie jest, skoro na wyniku napisano, że nie znaleziono?" Sprawdzają jeszcze raz, ze szpitala wyszła jedna próbka do badania... "Może jest w prosektorium, tam proszę się dowiedzieć". Poprosiłam i dostałam nr. telefonu, dowiedziałam się, że to na Dębinki. Podziękowałam, "do widzenia" i wróciłam do pracy. Cały czas płakałam, nie mogłam zrozumieć... Gdy się opanowałam, wzięłam ziółka na uspokojenie, zadzwoniłam do prosektorium. Pan bardzo miły, sprawdził jak się nazywam i pesel. Powiedział, że dostali tylko jedną próbkę bez zarodka do badania histopatologicznego i nie wie czy coś jakimś innym trybem przyszło. Powiedziałam, że zmieniam zdanie i będę chciała sama odebrać i pochować Maleństwo. Poinformował mnie o procedurach - był spokojny i miły, czułam zrozumienie. Wpoił we mnie nadzieję, że moje dzieciątko 2cm się znajdzie. 
Poszłam do prezesa i spytałam czy mogę znów jechać do szpitala - pozwolił.
Znów jestem na Klinicznej idę do sekretariatu spytać o ksero dokumentacji, tam się dowiaduję, że muszę iść na dół, do archiwum. W archiwum pan dał druczek do wypełnienia i poinformował o opłacie za każdą stronę i że od 1.06. będzie drożej. Nic nie szkodzi, chcę mieć dokument, który potwierdza, że mam rację. Wracam na oddział by zmienić w księdze, że sama pochowam Maleństwo, wypisałam też nowy druczek. Nie ufam już tej instytucji. Wracam do pracy, ale nie jestem w stanie nic zrobić...
Po pracy życie musi toczyć dalej - mam Córę, którą zawieźliśmy na zajęcia dodatkowe, później do mojej mamy, przecież to Dzień Mamy. Starałam się nie dać po sobie poznać, mamie tylko powiedziałam w kuchni, bo kto zrozumie matkę lepiej niż własna? Mama zgodziła się bym pochowała Maleństwo u Babci i Dziadka - dziękuję!

27.05.2015 Dzwoni do mnie moja chrzestna, że rozmawiała z p. oddziałową i ta powiedziała, że tylko jeden pojemniczek był i jeden poszedł na badania. Cioci więc wytłumaczyłam, że tak jak mi radziła, wzięłam Maleństwo ze sobą... "przełożyli" i zabrali i... jest odnotowane w karcie i że na wyniku hist-pat napisano że zarodka nie znaleziono i... znów to samo. Wszystko znów wraca, cały ten koszmar... Staram się uspokoić. Ciocia podaje nr tel do p. oddziałowej. 
Ochłonęłam, dzwonię. Pani oddziałowa potwierdza, co ciocia powiedziała i że mają praktykę, że wszystko zbierają do jednego pojemnika (jak jest ich więcej) i wysyłają na badania do prosektorium. Oznajmiła też, że z ciocią sprawdzała w księdze i się zrzekłam pochówku i nic nie zmieniałam i na pewno wszystko jest w prosektorium do złożenia we wspólnym grobie dzieci nienarodzonych.
Poprosiłam by jeszcze raz sprawdziła w księdze, bo jestem pewna, że wczoraj poprawiałam, że sama pochowam Maleństwo. Oddziałowa, wymigiwała się mówiąc, że przecież moja ciocia widziała i że zaznaczone, że nie robię pochówku. Mimo to nalegałam. Pani wzięła księgę i pyta czy to w kwietniu było, mówię "nie, 5.05. na kartce po lewej w połowie strony". Znalazła, mam rację, pyta czy wypisywałam nowe oświadczenie - mówię, że tak, że już mówiłam, ale ona nie wie czy prosektorium już odebrało moje oświadczenie. Pytam dalej "gdzie jest moje dziecko?", a ze słuchawki słyszę "jakie dziecko, to nie dziecko, resztki może jakieś", jest pani roztrzęsiona, będę z pani ciocią się kontaktowała. Tłumaczę więc p. oddziałowej jak było, opisuję wszystko, co działo się 5.05. od godziny 18:00. Mówię kobiecie, że osobno przyniosłam płód, który miał główkę, oczka, rączki i nóżki i miałam Maleństwo na dłoni, że przełożono do probówki i pobrano krew, przyszła pani i zabrała krew i dziecko gdzieś, a dopiero potem poszłam na łyżeczkowanie i wątpię szczerze, że szukali dziecka by kolejny raz przekładać do innego pojemnika, tym bardziej, że wyraźnie napisane jest w wyniku hist-pat, że "zarodka nie znaleziono" i że jak zakład pogrzebowy przyjedzie po odebranie materiału, to ja to rozgrzebię by znaleźć moje dziecko, skoro do jednego pojemnika dali...

Nie wierzę, by to zrobili, bo inaczej nie pisaliby "zarodka nie znaleziono".

Moje dziecko jest w probówce i gdzieś się "wala" nie wiadomo gdzie!

Zadzwoniłam do cioci powiedzieć, że rozmawiałam z oddziałową i to wszystko bujdy, że robią ze mnie debila. Po tej rozmowie zadzwoniłam jeszcze raz do oddziałowej powiedzieć, że odnotowane jest w karcie, że przyniosłam ze sobą.
P. oddziałowa powiedziała, że w prosektorium nie odbierają, no to mówię jej, że nie odbierają bo pracują do 13tej, a co słyszę? tak??? ojoj nie wiedziałam, dobrze, że pani mówi... (przeklinam w myślach).

Na koniec mi powiedziała, że "pomoże z czysto ludzkiego podejścia".

GDZIE JEST MOJE DZIECKO? poruszę niebo i ziemię i wszystkie znane mi instytucje, bo to bezczeszczenie zwłok. Kłamią, a ja nie spocznę jak nie znajdę Maleństwa.


28.05.2015 13:05 Dopytuję ciocię, czy coś działają w sprawie mojego Maleństwa. "Mam nadzieję, że pani oddziałowa podjęła próbę i Maleństwo się znajdzie i będę mogła godnie pochować. Niech się przyznają jeśli dali studentom, niech się znajdzie, bo jak nie zobaczę to chyba zejdę z rozpaczy..." w odpowiedzi jedynie "oddziałowa czeka na wiadomość z histopatologii".
"Może jakimś innym trybem tam zanieśli, może w laboratorium leży i nikt nie wie czyje... Może studenci już się na Nim uczą. Jestem wykończona, ale się nie poddam. Poruszę niebo i ziemię, przetrząsnę każdy kąt... Musi się znaleźć... Czemu to takie trudne i bolesne podwójnie. Strata i zaginięcie..."
Ten sms pozostał bez odpowiedzi.


29.05.2015 8:46 Powyższą treść przesyłam do Fundacji Rodzić Po Ludzku, z prośbą o pomoc, co mam zrobić...
12:40 Nikt się ze mną nie kontaktuje. Ciocia nie odbiera telefonu - pewnie uczestniczy przy zabiegu, a może już nie wie co mi powiedzieć...
12:45 dzwonię do p. oddziałowej, przedstawiam się i pytam "czy już Maleństwo się znalazło?" "Pani Kwiecińska"- słyszę - "jak już pani mówiłam, my jesteśmy czyści, mamy swoje procedury i ponad 20letni staż pracy. Wszystkie próbki są wkładane do jednego pojemnika, który wysyłany jest do histopatologii" "Rozumiem, ale w karcie napisano, że zarodek zabezpieczono, okodowano i wysłano do histopatologii, a później dopiero było łyżeczkowanie" "Jeszcze raz mówię pani, że wszystkie materiały zbierane są do jednego pojemnika i mamy na to potwierdzenie, że jeden pojemnik wysłaliśmy, nie wiem czemu jest taki wynik, my dopełniliśmy procedury. Proszę dzwonić do prosektorium"
12:58 - Dzwonię, oby ktoś jeszcze odebrał (przecież pracują do 13tej) Odbiera pan, przedstawia się. Mówię, że dzwonię w sprawie zaginionego zarodka. "A to pani, tak wiem, jedyne co mogę pani powiedzieć, to to że odebraliśmy jeden pojemnik dnia następnego rano i rano przekazaliśmy do histopatologii skąd po badaniach wrócił do nas też jeden pojemnik z zabezpieczonym materiałem" "I nie ma w nim zarodka?" - pytam. "Nie wiem, to w histopatologii mogą pani udzielić informacji, my tylko przekazujemy próbki." "A można się jakoś skontaktować z histopatologią? jest jakiś kontakt?" "Tak, proszę zadzwonić do sekretariatu - 3740 końcówka, tam pani Anna Łukasiewicz może będzie mogła coś więcej powiedzieć." "Dziękuję bardzo, do usłyszenia/zobaczenia" "Mam nadzieję, że tam bardziej pani pomogą".
13:06 Dzwonię do histopatologii, odbiera miła pani. Mówię "dzień dobry, nazywam się [...] pewnie Pani wie, dzwonię w sprawie zaginionego zarodka/płodu" "Nie, nic nie wiem" "To pozwoli Pani, że nakreślę o co chodzi. Dnia 5.05 poroniłam, przyniosłam dziecko do szpitala, przełożono do probówki, odnotowano w karcie, że zarodek zabezpieczono i okodowano i wysłano do histopatologii, zrobiono zabieg łyżeczkowania. 26.05 odebrałam wynik histopatologii, w którym napisano, że zarodka nie znaleziono. Czy może Pani powiedzieć mi, gdzie jest Moje maleństwo? Mogę Pani podać nr wyniku i kto prowadził badanie." "Tak proszę" Podaję. "Może jeszcze raz przebadać dostarczony materiał? Może jest w nim moje Maleństwo?" Pani sprawdza wynik badania "mhm..." - słyszę. "Proszę pani, zadzwonię do prosektorium, proszę do mnie zadzwonić za pół godziny." "Dobrze, dziękuję."
13:31 Dzwonię do prokuratury okręgowej w Gdańsku i pytam gdzie można zgłosić zaginięcie zarodka w szpitalu. Pani informuje mnie, że w prokuraturze zgodnie z miejscem zamieszkania. Mówię więc gdzie mieszkam i czy mogłabym otrzymać kontakt. Mam nr telefonu.
13:33 Dzwonię do Prokuratury w Pruszczu. Przedstawiam pokrótce sytuację, co chcę zgłosić i pytam w jakiej formie i gdzie mam to uczynić czy bezpośrednio w prokuraturze czy najpierw na policji. Otrzymuję informację, że najlepiej osobiście na piśmie u nich. Dowiedziałam się też o godzinach urzędowania i przy jakiej ulicy mieści się prokuratura.
13:39 Dzwonię do histopatologii. "Witam, miałam dzwonić w sprawie zaginionego zarodka" " Proszę Pani, badanie zwykle odbywa się w ten sposób, że wybierany jest fragment próbki, który się poddaje badaniu i analizuje. Na Pani prośbę przeprowadzimy jeszcze raz badanie, tym razem całego materiału i dokonamy uzupełnienia wyniku. Materiał został już ... (tu nie pamiętam nazwy - wstawiony do próbkowania/ odstawiony do czegoś - no nie pamiętam) i w poniedziałek zostanie poddany szczegółowemu badaniu." "Kiedy można spodziewać się wyniku?" "Myślę, że we wtorek już będzie." "Kiedy i gdzie mam się dowiadywać?" "Proszę zadzwonić do mnie we wtorek do południa, wynik oczywiście będzie też przekazany do Szpitala na Kliniczną."

Dalej siedzę jak na szpilkach. Nie jestem w stanie normalnie funkcjonować i pracować. Myślami jestem cały czas poszukująca... Co mogę jeszcze zrobić, gdzie szukać pomocy?


2.06.2015 11:32 dzwonię do pani z histopatologii. Odbiera. Przedstawiam się, pytam czy jest wynik, pani upewnia się że ja to ja i mówi po chwili, że niestety po przebadania całego materiału nie znaleziono zarodka ani fragmentów zarodka. Pytam więc "jaka jest szansa, że zarodek został przeoczony, czy istnieje takie prawdopodobieństwo?". Dowiaduję się, że nie ma takiego prawdopodobieństwa, gdyż przebadano cały materiał jaki otrzymali bardzo dokładnie. Nie mam podstaw by tej pani nie ufać. Pytam jeszcze (może omnibusem z biologii nie jestem) "ale czy gdyby zarodek był zalany formaliną, jak mnie zapewniano na oddziale, to nawet jeśli się skurczył - bo formalina tak działa - to byłby do znalezienia w próbce, gdyby w niej był?". "Tak, ale w tym materiale nie ma."
Podziękowałam i pojechałam do szpitala na Kliniczną. W sekretariacie nie ma jeszcze wyniku do odebrania, gdyż pan profesor musi najpierw przeczytać i opieczętować - muszę się dowiadywać.
Zadzwoniłam do chrzestnej, spotkałyśmy się na chwilę. Ciocia bardzo chciałaby mi pomóc, ale nie może. Słowo kontra słowo. Powiedziałam, że muszę odnaleźć Maleństwo, może leży gdzieś w probówce w lodówce. Przecież nie wyparowało. "Czy ktoś sprawdzał?". Ciocia mówi, że oddziałowa dalej stoi na stanowisku, że wszystko wkładają do jednej próbki - że to są koszta i nie wysyłają dwóch próbek tylko jedną, bo tak taniej. Tyle, że jakby włożyli oba "materiały" razem, to by mój Skarb był, a tak - nie ma. Dlaczego mam chować skrzepy i resztki jaja płodowego, kiedy przyniosłam ze sobą dziecko?! Powiedziałam cioci ponownie, że pamiętam jak było, że pani w zielonej bluzce i spodniach zabrała krew i probówkę z Maleństwem. Jestem tego pewna! Musi gdzieś być, bo nikt, kto jest człowiekiem nie wyrzuciłby, a jeśli przekazali do nauki studentom, na prosektorium, to niech mi pokażą, niech dadzą druczek zgody, ja się zgodzę gdy będę wiedziała, że jest i może kogoś czegoś nauczyć moje Maleństwo, choć takie małe, ale niech tylko się znajdzie. Ciocia nie wiedziała co mi powiedzieć - nie dziwię się. Namawiała bym wzięła zwolnienie od lekarza...

Szukam dalej, będę przesyłać ten tekst gdzie tylko się da!

14:14 Dzwonię na infolinię Rzecznika Praw Pacjenta. Zostaję przełączona do działu prawnego. Przedstawiam się mówię skąd dzwonię (rozmowa nagrywana) W telegraficznym skrócie opisuję sytuację z 5.05 i z 26.05 oraz, że dziś wynik potwierdza ten z 26.05. czyli, że zgubiono moje Maleństwo.
Pani bardzo spokojnie tłumaczy, żebym najpierw pisemną skargę złożyła do szpitala, a później jak będę miała odpowiedź, to wysłać mam do biura Rzecznika.
Tak zrobię.

 

__________________________

opublikowano w dniu 2. czerwca 2015r. 

comments powered by Disqus