Szpitalna codzienność poronień.
Historia druga.

2011.

Moja pierwsza ciąża. Koniec 5 tygodnia, pierwsza wizyta u ginekologa (z powodu bólów brzucha) - przed badaniem zostałam uprzedzona, że ciąża jest na tyle świeża, że jeszcze nie będzie jej widać na usg. I faktycznie, nic nie widać. Umawiamy się za dwa tygodnie. Wracam do domu. Następnego dnia wieczorem zaczynam lekko krwawić. Jest późno, nie wiem co robić, dzwonię do szpitala, każą przyjechać - przyjeżdżam - lekarz na usg znów niczego nie widzi. Przez parę następnych dni jestem na obserwacji - badanie bhcg i usg, na którym w dalszym ciągu nic nie widać. W trzecim dniu badań bhcg wiadomo,że jest jakiś problem, bo bhcg spadło. Lekarza, który się mną opiekował i przychodził przez te dwa dni i mówił mi co się dzieje, akurat nie ma na dyżurze. Nikt inny nie przyszedł. Idę więc do dyżurki pielęgniarek i pytam - co z wynikami. Pada odpowiedź: no niestety spadło. Wychodzę. Wracam po godzinie do pielęgniarek i proszę o możliwość porozmawiania z lekarzem dyżurnym. Panie mówią, że mogę porozmawiać podczas obchodu wieczornego. Mówię, że chcę na osobności, a nie w obecności innych pacjentek z sali. Panie mówią: to pani wyjdzie na korytarz za lekarzem. Już nie mam siły walczyć, wracam na salę, kładę się na łóżku, zwijam się w kłębek i płaczę. Przychodzi położna mierzyć temperaturę i pyta: "Pani P, co się dzieje, coś się stało? Coś w rodzinie? Ktoś umarł?". Niewyobrażalny brak taktu. Dzwonię do partnera, przyjeżdża, wzburzony wchodzi do dyżurki lekarza, żąda rozmowy. Lekarz dyżurny (zastępca ordynatora) mówi, że on nic nie powie, żeby rozmawiać z ordynatorem. Jutro. Następnego dnia rozmawiam ze swoim lekarzem, u którego byłam na pierwszej wizycie. On mówi mi, że to jest ciąża biochemiczna. Że za kilka dni dostanę okres i z głowy. Że niepotrzebnie do szpitala tylko poszłam, że powinnam się wypisać na własne żądanie, bo oni tu na pewno będą chcieli mi wyłyżeczkować macicę, a po co, jak to mogą być powikłania. Tego samego dnia rozmowa z ordynatorem, co się dzieje, co dalej. niewiele pamiętam - na pewno pytanie z mojej strony, czy to możliwe, że to jest ciąża bliźniacza i że bhcg spadło, bo jedno z dzieci umarło - on mówi, że to niemożliwe. Daje do zrozumienia, że jest koniec, że dziecko umarło. Następnego dnia znów badanie i znów skok bhcg - nie spadło, a urosło. Nieznacznie. Mówią, że to nic nie znaczy. Nie pamiętam, by ktokolwiek mówił wtedy o ciąży pozamacicznej. Leżę już 6 dzień. Codziennie na mojej sali przychodzą i odchodzą kobiety - poronienie, łyżeczkowanie, do domu. Każdej nocy płacz w poduszkę obok. Raz jeden przyszła siostra oddziałowa i powiedziała matce po stracie o jej prawach. Że może wziąć szczątki, akt zgonu, mieć urlop macierzyński. Ta kobieta miała znajomego lekarza w szpitalu, który ją odwiedzał. Żadna inna pacjentka przynajmniej na sali nie usłyszała o tym. Ja również. Raz przyjeżdża o 5 rano kobieta, dzwoni do kogoś: "Urodziłam" Wszystko słyszymy - my, kobiety, co wiemy, że nasze dzieci nie żyją - w pierwszym momencie oburzenie, jak mogli przywieźć do nas na salę szczęśliwą matkę! Ale ona kontynuuje: "Waży 1 kg, nie ma nerki i prawej nóżki. Mówią, że nie przeżyje". Serce zamiera. Rano pobudka, śniadanie - ona sama opowiada swoją historię. W trakcie śniadania, między jednym kęsem a drugim, wchodzi na salę lekarz neonatolog i mówi do niej: "Pani N., pani syn zmarł 10 min. temu." I wychodzi. Jestem w szoku. Jak można! Żeby nawet nie poprosić na korytarz, do osobnego pokoju tylko tak między obcymi jej powiedzieć! Tego samego dnia mam mieć zabieg - na usg nadal nic nie widać, ale mówią mi, że będzie łyżeczkowanie. Niewiele rozumiem i nie myślę po co, chcę tylko jak najszybciej stamtąd odejść. Następnego dnia po zabiegu (sobota) znów badanie bhcg - nie spadło tak, jak powinno i oto po południu lekarz na usg wreszcie zobaczył moje dziecko - w prawym jajowodzie. Mówią, że będzie laparoskopia. O nic nie pytam, nic nie rozumiem, chcę już być w domu. W poniedziałek wiozą mnie na zabieg. Zanim zasnęłam pod znieczuleniem, pamiętam, że wiedziałam, że moje dziecko we mnie jeszcze żyje, a oto za chwilę żyć nie będzie. Nie wiedziałam, że mam jakikolwiek wybór w tej kwestii, że mogę się uprzeć, że nie poddam się temu zabiegowi. Potem znów badania bhcg - spada tak jak powinno - ciąży nie ma. Wypisują do domu, za tydzień zdjęcie szwów, za miesiąc histopatologia do odbioru i kontrola bhcg. Idę na zdjęcie szwów - akurat przypada termin wizyty u lekarza, u którego byłam na pierwszej wizycie, ale po tym, jak mnie potraktował w szpitalu, nie chcę go widzieć. On dzwoni do mnie w godzinie umówionej wizyty. Pyta jak się czuję. Że przecież on mówił mi, że mam się wypisać, że miałam przyjść do niego do gabinetu, że on ma super sprzęt, jakiego nie mają w szpitalu i na pewno wcześniej by znalazł tą ciążę pozamaciczną, że nie trzebabyło łyżeczkować macicy. Czy słyszałam o zespole jakiegoś szermana czy coś. Że ma nadzieję, że jeszcze będę mogła mieć dzieci. Przerywam wzburzona, że co wyprawia, czy właśnie mnie straszy? Czy to jest profesjonalne? Że czemu nie mówił o tym w szpitalu, że nie wiedziałam że mam jakieś opcje, on kończy, że skoro jestem taka akuratna w informowaniu siebie, to mogłam do niego zadzwonić i odwołać wizytę. i trzaska słuchawką nim zdążę odpowiedzieć. idę do innego lekarza na zdjęcie szwów. Pytam o zalecenia z wypisu, o badanie bhcg i kontrolę za 2 tyg. On mówi, że nie trzeba, że oni tak napisali, bo miałam łyżeczkowanie i wtedy się tak pisze, ale przecież miałam laparoskopię i nie trzeba. Kiedy się upieram wzrusza ramionami i daje do zrozumienia, że jak bardzo chcę to mogę przyjść, ale będzie to strata jego i mojego czasu. Wychodzę z postanowieniem, że nie chcę już widzieć żadnego pieprzonego ginekologa przez następnych 10 lat. Miesiąc później dostaję silnych bóli brzucha. Krwotok dootrzewnowy. "Przetrwała resztkowa ciąża pozamaciczna". Pretensje lekarza, który mnie przyjmuje, czemu nie zrobiłam tego, co pisali na wypisie. Operacja. Potem pytanie do ordynatora w trakcie obchodu, jak to się stało, co spowodowało to krwawienie- bo lekarz na wizycie mówił, że to niemożliwe, żeby ciąża pozamaciczna przetrwała to spowodowała i traktował jak idiotkę, której coś się uroiło - a lekarz, który mnie operował wyraźnie mówił właśnie to. Ordynator mówi jak do idiotki: "Przerwane naczynie krwionośne". Oto co spowodowało krwotok. No przecież to oczywiste. Zanim wychodzę, lekarz, który mnie operował przychodzi codziennie i pyta jak się czuję. Przychodzi nawet wtedy, kiedy nie jest na oddziale patologii, a na położnictwie. To on sprawdza i mówi mi, że mam anemię, że mogę się czuć słabo w najbliższych dniach - poza swoim dyżurem. To on zostaje moim stałym ginekologiem. Cała reszta tego szpitala i oddziału patologii ciąży jest poniżej wszelkiej krytyki. 

WSS nr 3 w Rybniku. 

 

__________________________

opublikowano w dniu 2. grudnia 2014r. 

 

 

 

comments powered by Disqus