Szpitalna codzienność poronień.
Historia piąta.

Dwa lata temu razem z mężem podjęliśmy decyzję o trzecim dziecku. W ciążę zaszłam od razu, jednak po 6t. ją straciłam.

W 2014 zaszłam znowu w ciążę, niestety trwała 8t. i wtedy pielęgniarka spytała czy chcę zarejestrować dziecko. Byłam zdziwiona, że można, ale ucieszył mnie fakt, że będę mogła nadać mu imię i nie traktować go już jako "To dziecko".

Płeć została wpisana jako moje odczucie. Byłam szczęśliwa mogąc wspominać Igę, ale fakt, że poprzednie dziecko nie ma imienia, nie dawał mi spokoju. Zadzwoniłam do Rzecznika Praw Pacjenta popytać, czy jest możliwa rejestracja po tym czasie. Okazało się, że jeśli szpital wypisze, to tak. I tak mogłam wspominać nie tylko Igę, ale też Majeczkę.

W sierpniu tego roku podjęliśmy trzecią próbę. W sierpniu zaszłam w ciążę. W ósmym tygodniu na USG widziałam bijące serduszko mojej kruszynki. Niestety dwa tygodnie później przestało bić. 13 września potwierdzono diagnozę w szpitalu i czekało mnie łyżeczkowanie. W szpitalu dowiedziałam się, że nie można już uprawdopodobnić płci na odczucie matki, tylko potrzebne są badania genetyczne na koszt rodzica. Oczywiście od razu podjęłam decyzję odnośnie badań. Zadzwoniłam do laboratorium, które było najbliżej mojego miejsca zamieszkania i dowiedziałam się, jak to wygląda. Poproszono mnie, aby przed zabiegiem powiedzieć lekarzowi, że ma oddzielić kosmówkę od reszty, bo to idzie do badań genetycznych.

Razem ze mną na zabieg jechała pacjentka z łóżka obok. Z patologi na łóżkach przewieźli nas na ginekologię. Mnie pierwszą wzięli na zabieg, ona została tuż za uchylonymi drzwiami.

Przed narkozą poinformowałam lekarza, że ma oddzielić kosmówkę od reszty, a on do mnie wręcz ordynarnie podniesionym głosem, że to jest za małe, że on w tym nie będzie grzebał i że w ogóle to jest w środku tak porozpieprzane, że jest tam jeden wielki syf, że w sumie to nie będzie czego badać. Resztkami sił powiedziałam, że jeśli nie potrafi tego rozdzielić, to ma zabezpieczyć wszystko. Potem obudziłam się już po wszystkim na korytarzu i czekałam na drugą pacjentkę z łożka obok. Po chwili wywieźli ją płaczącą. Kiedy przywieźli nas na patologię, opowiedziała mi i pielęgniarce co się działo przy moim zabiegu. Lekarz zaczął w sposób patologiczny komentować moją decyzję, pielęgniarki nie lepsze - przekrzykiwały się jedna przez drugą chcąc chyba w ten sposób zaimponować lekarzowi. Kiedy jedna z pielęgniarek zapytała "Po co jej to badanie?", lekarz jej odpowiedział "Jak to ku..a po co? Żeby wyłudzić pieniądze z odszkodowania".

Jeszcze chwilę toczyła się ta niecenzuralna dyskusja i zaczęli mnie wybudzać, lecz zamiast mojego nazwiska używali nazwiska pacjentki, która leżała już wręcz sparaliżowana za drzwiami obok. Po chwili, kiedy nie było reakcji z mojej strony, pielęgniarka powiedziała "To nie ona".

Na co lekarz "To kto tu ku..wa. leży?"

Brak mi słów jak tak można. Nie dość, że nieświadoma stałam się publicznym pośmiewiskiem, to jeszcze pomówiono mnie o chęć wyłudzenia pieniędzy. A gdzie w tym wszystkim etyka lekarska ludzkie współczucie i chęć zrozumienia?

Po wyjściu ze szpitala poinformowałam o całej sytuacji Rzecznika Praw Pacjenta.  

Dzisiaj odbieram wypis i składam skargę do dyrekcji szpitala i to są pierwsze moje kroki, ale na pewno nie ostatnie. Jak tylko zdrowie psychiczne się poprawi, zamierzam pójść z tym dalej.

 

 

comments powered by Disqus